Czym jest greenwashing?

Temat tak ostatnio popularny, że wydaje się, że nie trzeba tłumaczyć. Ale powiemy, dla formalności. „Ekościema, zielone kłamstwo, zielone mydlenie oczu” - polskiego odpowiednika nie mamy. Oszustwo mające na celu wzbudzenie przekonania, że jakieś działanie, produkt czy usługa są ekologiczne, stworzone z poszanowaniem natury i bez szkody dla niej.

Terminu użył po raz pierwszy w 1986 roku Jay Westerveld. Został użyty w kontekście hoteli, które zachęcały do niewymieniania hotelowych ręczników codziennie pod pretekstem ochrony środowiska. Chodziło tymczasem… o zysk. Wypranie ręcznika 3 razy w tygodniu jest tańsze niż wypranie go 7 razy. Logiczne.

Świadomy konsument to najgorszy rodzaj konsumenta – według stosujących greenwashing. Ktoś, kto bez zastanowienia kieruje się w stronę regału eko, będzie pierwszą rybą złowioną w jego sieci. Nie straszna będzie mu ani wyższa cena, ani mniejsza dostępność. Zwabiony na przynętę zielonego zapakuje koszyk produktami od producentów przodujących w greenwashingu.

Jak dajemy się nabrać na greenwashing?

Czasami jest to przedstawianie tylko jednej cechy produktu, która będzie uchodzić za działanie na rzecz środowiska, ale ukrywanie innych, które takie nie są. Chyba najbardziej popularna z form fałszywej reklamy. Na przykład ekologiczna pralka, która będzie zużywała mniej wody i prądu, ale będzie działać tylko przed 3 lata. Po tym czasie zepsuje się jakaś mała plastikowa część, której nie można wymienić i sprzęt wyląduje na złomowisku. Albo ekologiczny samochód. Ekologiczny per se będzie rower, hulajnoga albo… spacer. Czy w kraju, w którym większość energii elektrycznej pozyskiwana jest z paliw kopalnych, samochód, nawet elektryczny, może być ekologiczny? Już nie wspominając o procesie jego produkcji.

Czasami w celu zamydlenia oczu podkreśla się w reklamie fakty, które nie mają związku z rzeczywistością. Tutaj mamy całą gamę takich stwierdzeń, jak ekologiczna sól – czy może być nieekologiczna? Używanie freonów zostało zakazane, ale nie przeszkadza to niektórym producentom na chwalenie się tym „osiągnięciem”, jakim jest brak freonów w ich produkcie. W UE testowanie na zwierzętach było zakazane kilka lat temu, jednak wiele firm opierało swoją strategię marketingową na tym stwierdzeniu. Od października 2019 nie może już być używane w UE i za kilka miesięcy zniknie na dobre z produktów. Podobnie jest z fałszywym stwierdzeniem, że plastikowa butelka jest lepsza, ponieważ jest lżejsza i dzięki temu ślad węglowy jest mniejszy. Do tego plastik też przecież się recyklinguje. Szkło też, tyle że w nieskończoność...

  • Ekologiczne ubrania i żywność?

Fajnym przykładem greenwashingu wydaje się zachowanie wielkich firm odzieżowych specjalizujących się w fast-fashion. Nie od dziś wiadomo, że masowa moda niszczy przyrodę, zatruwa wody, a mikroplastik z włókien przedostaje się do wód. Ale coraz częściej w sieciówkach znajdziemy produkty dumnie oznaczone zieloną etykietą - z poszanowaniem przyrody i ludzi. "Wykorzystujemy plastik z recyklingu do ich wyprodukowania". A może: "Oddanie waszych starych jeansów sprawi, że zostaną one wykorzystane ponownie". W praktyce nic z tego nie jest tak piękne, jak zostało wypromowane. Wielkie fabryki wciąż produkują tony ubrań, z których większość nie zostanie nawet założona, bo z nowym sezonem nie będzie już modna i setki, tysiące z nich każdego roku znajdzie się na wysypisku. Ta część z ubrania, która miałaby być z recyklingu, to zaledwie mały procent całości. A do tego wyzyskiwani ludzie z ubogich krajów, którzy pracując ponad siły, w warunkach urągających człowieczeństwu, ledwo zarabiają na swoje utrzymanie. Od tak dawna o tym wiemy, a to ciągle się dzieje.

A jak to wygląda w przypadku żywności? Produkt bio lub/i eko, a w składzie olej palmowy, cukier glukozowo-fruktozowy, słodzone suszone owoce, owoce i warzywa nie pochodzące z upraw zrównoważonych, cytrusy spryskane substancjami konserwującymi. Czasami trzeba spędzić przy półce kilka dobrych minut, by sprawdzić, który produkt jest rzeczywiście ekologiczny.

  • Ekologiczne środki czystości?

Greenwashing nie omija też środków czystości. Wprowadzenie ekologii do tej dziedziny wydawało się przecież niemożliwe, przy powszechnym przekonaniu, że toalety nie da się umyć bez silnie żrącego środka, a zmywarka do naczyń nie poradzi sobie bez użycia kostki o potrójnej sile połączonych składników. A przecież technologia i tradycja wcale nie muszą być swoimi wrogami. Czy jedna linia ekologicznych produktów na całą markę to nie za mało? I oczywiście, czy gdyby przyjrzeć się dokładnie składnikom, a nie tylko składowi, to wciąż nazywalibyśmy ten produkt ekologicznym? Podobnie jest też z używaniem w jakże ekologicznych kostkach do zmywarki samorozpuszczalnej folii, o czym pisaliśmy tutaj.

Przykładów na greenwashing jest już tak wiele, że uważny obserwator zauważy je na każdym kroku. A ten mniej uważny... można zacząć od prostych zmian w swoim życiu. Kupować mniej w plastiku, produkty stworzone z prawdziwie naturalnych składników, lokalnie albo chociaż w Polsce. Przedkładać jakość nad ilość.

Dlaczego to jest niebezpieczne?

W najlepszym przypadku uszczuplimy nasz portfel albo kupimy bubel bez certyfikatu. W najgorszym... zaszkodzimy swojemu zdrowiu, choć kupowaliśmy w dobrej wierze i z zaufaniem, że jest to coś dobrego i bezpiecznego. A kiedy dajemy się nabrać na greenwashing gdzieś na świecie, w klimatyzowanym biurze, z małym espresso w plastikowym kubeczku w dłoni, elegancki marketingowiec w najmodniejszym ubraniu uśmiecha się do raportów sprzedaży, które mówią mu, że wykonał świetną robotę...