Nie myślimy o tym na co dzień, nie spędza nam to snu z powiek, ale każdego dnia miliony zwierząt na całym świecie poddawanych jest różnego rodzaju testom. Pisząc ten artykuł, sami przeczytaliśmy kilkanaście innych na ten temat i włos jeży się nam na głowie. W XXI wieku, mając do dyspozycji całą gamę innych rozwiązań, ludzie ciągle korzystają z tego "najprostszego" (czytaj: najtańszego) rozwiązania.   

  

Trochę historii  

Kiedy zaczęto eksperymentować i testować na zwierzętach? Czy jest to wynalazek czasów nowożytnych? Zdecydowanie nie. Już starożytni interesowali się tym tematem – znany powszechnie Arystoteles czy pionier wiwisekcji, Erasistratos z Keos. Dzięki tym i innym badaniom i badaczom odkryto, że naczynia w organizmie tworzą układ zamknięty, zbadano, jak działa serce, stworzono obraz ludzkiej anatomii. Stworzono tym samym podwaliny pod dalsze badania medyczne. Co jednocześnie ciekawe i niepokojące, to że w kolejnych stuleciach wiwisekcja zwierząt stała się nawet rozrywką dla mas. Dziś nie nazwalibyśmy tego zabawą, ale patrzenie jak w męczarniach umiera zwierzę czy nawet człowiek, było formą spędzania wolnego czasu (sic!).  

Prawdziwy rozkwit już nie tylko badań, ale też eksperymentów na zwierzętach to wiek XX. Nauka "stała się" instytucją, przez co pojawiła się potrzeba potwierdzania wyników badań nie tylko w teorii. Następnie rozkwitły przemysł kosmetyczny, farmaceutyczny i chemiczny. Każdy z nich znalazł u siebie zastosowanie dla testów na zwierzętach. Pozostawiając aspekt moralny na boku, można by powiedzieć, że to zrozumiałe. Kto by się odważył eksperymentować na ludziach... No, i króliki nie mówią.  

Historia zwierząt, które poświęcono dla dobra i rozrywki człowieka jest długa, smutna i bez widoków na happy end.   

  

Czasy obecne  

Coś "ruszyło" po roku 2000. Dzięki staraniom wielu organizacji od 2004 roku na terenie Unii Europejskiej zakazano testowania kosmetyków na zwierzętach, od 2013 – zabroniono testów składników kosmetyków oraz sprzedaży takich kosmetyków.   

Dyrektywa, choć jest krokiem milowym w sprawie obrony zwierząt cierpiących w laboratoriach, jest jednocześnie wierzchołkiem góry lodowej. Ciągle aż 80% krajów świata zezwala na testowanie kosmetyków na zwierzętach. Do tego sama dyrektywa nie zakazuje testowania chemii domowej, leków, suplementów.  

Jak w przypadku wielu aktów prawnych, tak i na dyrektywę znaleziono sposób. Bywa tak, że producent zleca testy na zwierzętach, ale poza UE. Potem w UE testuje kosmetyk w inny, alternatywny, sposób, a czasami stosuje zamiennik jakiegoś składnika, aby w ten sposób stworzyć "nowy produkt nietestowany na zwierzętach". Sama dyrektywa również dopuszcza możliwość testów, jeśli producent odpowiednio je uargumentuje i wystąpi do stosownych władz o zgodę.   

W Chinach testowanie na zwierzętach produktów sprzedawanych na tamtejszym rynku jest obligatoryjne. Oznacza to, że firma, która chce tam zaistnieć, musi testy wykonać, mało tego, wyrazić też zgodę na możliwość testowania już po wejściu na rynek.   

Paul McCartney miał powiedzieć, że gdyby ściany rzeźni były ze szkła, wszyscy bylibyśmy wegetarianami. My dodamy, że gdyby owiane tajemnicą ściany laboratoriów całego świata mogły mówić, słuszny gniew i oburzenie konsumentów natychmiast zrównałyby je z ziemią.   

  

Alternatywa dla testów na zwierzętach  

Może w trakcie lektury nasunęło się Wam pytanie: "Dobrze, ale co z testami leków, tych, które niejednokrotnie ratują ludzkie życie".   

Rozwój nauki pozwolił nam nie tylko na odkrycie "boskiej cząstki"; nie tylko umożliwił przeszczep narządów; nie tylko zmniejszył komputer do rozmiarów kieszonki i pozwala zbadać dalekie zakątki kosmosu. Rozwój nauki umożliwił nowe sposoby testowania produktów. Są to między innymi testy na sztucznej skórze, metoda komórkowa in vitro, a nawet przeprowadzanie doświadczeń na koloniach bakterii i grzybów. "Świetnie – chciałoby się wykrzyknąć – na co czekamy?" Rzecz w tym, że ze względów finansowych łatwiej jest wyhodować kolejnego królika doświadczalnego niż sztuczną skórę.   

Nie pytajmy zatem, czy z testów na zwierzętach można zrezygnować, tylko ile będzie to kosztowało mniejsze i większe koncerny, które te testy zlecają.   

A skoro już wiemy, że można inaczej, to wybierajmy świadomie. Poszukajmy stron internetowych (np. Happy Rabbit, PETA), które pomogą nam zweryfikować, czy dana firma, producent czy cały koncern jest zamieszany w testowanie na zwierzętach. Bo co z tego, że dana linia szamponów nie była nigdy przetestowana, jeśli ten sam koncern, pod inną marką, testuje produkty z radością. Podobnie wygląda to, jeśli chodzi o producentów sprzedających do Chin, bo może nawet producent nie zlecił badań, ale chcąc sprzedawać stacjonarnie w Chinach musi wyrazić zgodę na takie testy.   

Kupowanie produktów od producentów cruelty free może wymaga na początku więcej czasu i zaangażowania niż wybieranie czegokolwiek ze sklepowych półek, ale na pewno nie jest niemożliwe. Z pewnością jest za to bardzo satysfakcjonujące.   

  

Czy BALJA testuje na zwierzętach?  

Nie bez powodu wspomnieliśmy wcześniej, że zakaz testów w UE nie dotyczy chemii domowej. To znaczy, że gdybyśmy chcieli, prawnie nic nie stałoby nam na przeszkodzie. Ale jednak jest takie coś. Troska o planetę to nie tylko to, że nie produkujemy plastiku; nie tylko środki czystości, które nie szkodzą planecie. To troska o każdy jej element, im bardziej bezbronny, tym wymagający większej troski i uwagi. Uważamy, że bycie eko (prawdziwie i z głębi serca) to nie tylko rozważne zakupy, lokalne zakupy, nie tylko wielorazowe woreczki na warzywa zabierane ze sobą do sklepu. 

Stąd bardzo mocno chcemy podkreślić, że nie testujemy naszych produktów na zwierzętach. Nie testowaliśmy też poszczególnych składników, z których korzystamy. Nigdy tego nie robiliśmy i robić nie będziemy. Wykorzystujemy składniki, które w swoim połączeniu znane są z bycia bezpiecznymi dla człowieka i natury. To sprawia, że takie testy są zbędne i byłyby tylko niepotrzebnym okrucieństwem.  

Idąc o krok dalej, zadbaliśmy o to, aby nasze środki czystości nie zawierały również żadnych składników odzwierzęcych. Ponieważ nie mamy niczego do ukrycia, każdy z naszych produktów na stronie internetowej posiada również kartę charakterystyki, a w niej szczegóły dotyczące jego składu. 

Karta charakterystyki jest to dokument zawierający opis zagrożeń, jakie może spowodować dana substancja lub mieszanina chemiczna, a także podstawowe dane fizykochemiczne na jej temat. Dokument przedstawia również sposoby minimalizowania ryzyka w kontakcie z daną substancją, a także sposób postępowania w przypadku powstania sytuacji niebezpiecznej.  

Udostępnianie karty charakterystyki konsumentom w tak łatwo dostępny sposób nie jest obowiązkiem producenta, jeśli już samo opakowanie zawiera dostateczne informacje na temat sposobu postępowania w przypadku sytuacji niebezpiecznej związanej z produktem. Niemniej chcieliśmy, aby nasi klienci nie musieli o nie pytać, ale mieli je dostępne w każdej chwili na naszej stronie internetowej.   

Uważny czytelnik zauważy w karcie charakterystyki naszych produktów pewną tabelkę, która ma prawo go zaniepokoić:   

  

 Informacje toksykologiczne balja

  

Pragniemy uspokoić. Nie znaczy to absolutnie, że skazaliśmy jakiekolwiek zwierzę na działanie węglanu sodu, aby sprawdzić, jak na nie zareagują. Takie testy były przeprowadzone o wiele, wiele wcześniej, a ich wyniki zapisano i udostępniono. Naszym obowiązkiem prawnym jest, powołując się na dostępne i już wykonane wiele lat temu badania, podanie szkodliwości takich związków, skoro są znane. 

Bardzo byśmy chcieli, aby takie badania niby się nie odbyły. Niestety, wykonano je, a teraz jako producent musimy informować o tym, jaki był wynik tych testów. 

  

Temat testowania na zwierzętach jest trudny, budzi wiele emocji, i przez to często zamiatany jest pod dywan. Przeciętny konsument zainteresowany jest przecież ceną, nie etyką producenta szamponu, proszku do prania czy do zmywarki. Ważne, że działa i nie szkodzi ludziom. Czy aby na pewno tylko to?   

  

Jako świadomi konsumenci mamy ogromną moc inicjowania zmian, pamiętajmy o tym.